Menu / szukaj

Los odmieniony

Zakonnicy modlą się w monasterze w ciszy swoich cel.
Jeden z nich bardzo cierpi. Choruje na raka od kilku miesięcy. Ani życia, ani umierania. Leki przeciwbólowe już nie działają, jedynie różaniec włożony do wyschniętej dłoni mnicha przynosi chwilowe ukojenie.


Ojciec gwardian wie, dlaczego ten człowiek umiera i za co cierpi. Ale inni, którzy dzięki jego modlitwie wytrwali przy Bogu, nigdy się o tym nie dowiedzą. Ich wyleczenia z nałogów, pojednania rozbitych rodzin, ozdrowienia z nieuleczalnych chorób, większość będzie rozumieć jako szczęście lub zbieg okoliczności.
Dogmat wszechmocności pozostanie nietknięty w świętym miejscu.
Droga do pustelni na uroczysku od początku zdawała się naznaczona fatalnymi zdarzeniami. Profesor Zwosiński przez ostatni tydzień próbował odciąć się od wszystkiego i wszystkich w swoim małym górskim domku, gdy dotarł do niego telegram z pustelni braci franciszkanów. Zgodnie z treścią telegramu jeden z braci przywiózł z Jerozolimy stary tekst z I wieku naszej ery napisany w języku aramejskim i bracia proszą profesora o przetłumaczenie tekstu.
Początkowo myślał o dwóch tygodniach spędzonych w całkowitej izolacji od świata, który coraz bardziej go irytował, ale sprawa tajemniczego tekstu nie dawała mu spokoju. Oryginalny, przez nikogo nietłumaczony fragment napisany w starożytnym języku to nie lada gratka dla badacza kultur przełomu starej i nowej ery. Znając naturę franciszkanów i ich zamiłowanie do spokoju, pomyślał, że przecież może się zaszyć w murach monasteru równie skutecznie, zwłaszcza że jego górski dom boleśnie przypominał mu ciągle żywą w pamięci tragedię. Wysłał więc szybko telegram (oczywiście na pustelni nie ma telefonu), że przyjedzie najpóźniej za dwa dni.
Zaraz po podjęciu decyzji o wyjeździe odmówił posłuszeństwa jego samochód. Nowa toyota po prostu nie odpaliła i już.
– Skandal w biały dzień! – złościł się profesor, ale serwis obiecał dostarczyć samochód zastępczy, czekał więc spokojnie do następnego ranka. Gdy zabierano jego auto, nie omieszkał wyrazić się w gorzkich słowach na temat nowo produkowanych samochodów. Panowie z serwisu uśmiechnęli się tylko i po podpisaniu dokumentów zniknęli za zakrętem wiejskiej dróżki, transportując na naczepie zepsutą toyotę.
Profesor był już spakowany, pozostało mu więc tylko wrzucić walizki do bagażnika samochodu i ruszyć w drogę. Jakież było jego zdziwienie, gdy podchodząc z tyłu do auta, zobaczył ciemną plamę, leniwie rozlewającą się wokół tylnych kół. Obszedł samochód i pochylił się, widząc kapiący, czarny płyn.
– Tego już za wiele! – wybuchnął złością i drżącymi rękami zaczął szukać w swojej komórce numeru serwisu. Kiedy energicznie wcisnął zieloną słuchawkę, okazało się, że nie ma zasięgu.
– Jakieś cholerne fatum! – ciskał się profesor, drepcząc tam i z powrotem po podwórku. W takim stanie zastał naukowca Zdzisiek Zawójka, miejscowy dekarz. Znał Zwosińskiego dobrze, bo dacza profesorska piękna, a i ludzi znaczących, co o nich gazety piszą, we wsi spotyka się rzadko.
– Co pan profesor taki markotny? – zawołał z daleka Zawójka, przechodząc obok posesji.
– Ot, nieszczęście się stało – tłumaczył zdenerwowany Zwosiński. – Franciszkanie na mnie na uroczysku czekają, a tu dwa samochody pod rząd zepsute.
– Sie profesor nie martwi – uspokajał Zawójka. – Autobus idzie w tamtą stronę, a potem te kilka kilometrów to profesora ktoś podrzuci. Szwagra mam w Pcimowcach, zadzwonie i załatwie.
Chcąc nie chcąc, Zwosiński przepakował się w jedną małą walizkę i ruszył na przystanek. Autobus, o dziwo, przyjechał na czas, zaczął więc liczyć na to, że dotrze do uroczyska przed zmrokiem. Gdy po półgodzinnej jeździe patrol policji skierował ich na objazd, pomyślał z niepokojem, że to trochę za dużo pecha jak na jeden dzień. Kierowca autobusu rozmawiał chwilę z policjantem, po czym spokojnie skręcił w prawo. Zapytany przez pasażerów z przodu, co się stało, oznajmił, że był wielki karambol i droga jest zablokowana. Podobno było wiele ofiar śmiertelnych.
Profesor zadumał się na chwilę. Przecież miał jechać tą drogą pół godziny temu. Życie jest takie kruche. Przypomniał sobie tekst piosenki, którą czasem nucił:
Gdy na drodze za zakrętem przeznaczenie spotka cię…
Mimo woli cisnął mu się na usta inny jej fragment:
Gdy ktoś, kto ci jest światełkiem, gaśnie nagle w biały dzień…
Wróciły bolesne wspomnienia zmarłej niedawno żony. Wtedy był po raz ostatni w kościele na mszy. To już tak wiele dni podążania donikąd, bez wyraźnego powodu, by wstawać rano, by jeść, oddychać. Dom, który urządzali razem, chciał sprzedać zaraz potem. Przyjaciele namówili go jednak, by się wstrzymał z decyzją.
Zginąć tak nagle. A może to właśnie byłoby lepsze niż umierać w męczarniach przez cztery miesiące, jak jego żona. Odejść w pełnej sprawności umysłu, sprasowany przez TIR-a lub rozgnieciony na przydrożnym drzewie. Oszczędzić sobie goryczy starości, niedołężności, niemocy. Pozbawiony wstydu liczenia na czyjąś pomoc, nawet podczas załatwiania potrzeb fizjologicznych. Wszystko gaśnie w ułamek sekundy. Bezproduktywna tułaczka urywa się nagle, jak hejnał z Wieży Mariackiej. Wspomnienie w prasie lokalnej. Pogrzeb, na którym nawet nienawidzący go koledzy z uniwersytetu będą piać peany na jego cześć. Salwa honorowa, jak dobrze pójdzie, w końcu wojska w kraju coraz mniej. Potem kilka łopat ziemi i pustka otchłani, pomieszana luźno z niebytem.
Na zewnątrz zachód słońca malował pagórki na czerwono i podświetlał od dołu nisko wiszące chmury. Mijali wsie i miasteczka. Gromady ludzkie spieszące gdzieś, przemieszczające się, oczekujące. Tylko dzieci wywoływały jeszcze uśmiech na jego twarzy. Zawsze bardzo pragnął, by ich dom ożywił się śmiechem dziecka. Nawet płaczem. Nawet całonocnym. Jednak okazało się, że to niemożliwe. Gdy poznał żonę, była już po aborcji. Taka forma antykoncepcji w pewnych czasach i kręgach. Pokochał ją prawdziwie i pozostał wierny tej miłości do końca. Bezdzietny człowiek ma dużo czasu. Doktorat, habilitacja i profesura przyszły bez trudu. Wtedy uświadomił sobie, że oddałby te wszystkie tytuły za śmiech dziecka w domu. Nawet za płacz. Nawet całonocny.
Autobus zatrzymał się na przystanku i profesor zszedł po schodkach na drogę. Wiedział, że ma wysiąść kilometr za miastem, a potem obok kapliczki wędrować polną drogą około godziny. Kapliczka smutnego jak zawsze Nepomucena była w umówionym miejscu. Zauważył też ubity trakt biegnący wzdłuż lasu i ginący gdzieś za horyzontem, przyozdobionym teraz różowymi od zmierzchu polami. Nagle na drodze obok zatrzymał się stary, zdezelowany ford fiesta.
– Pan profesor?! – krzyknął przez otwartą szybę kierowca.
– Tak – Zwosiński domyślił się, że to pewnie szwagier znajomego dekarza.
– Antek Bryska, proszę wskakiwać, podwiozę na pustelnię – zaofiarował się mężczyzna i już po chwili podbiegł, by pomóc z bagażem. Gdy stanął obok profesora, powiało alkoholowym smrodem. Zwosiński jeszcze raz przyjrzał się niknącej w oddali dróżce i nieufnie położył walizkę na tylnym siedzeniu auta, po czym usiadł obok kierowcy.
– To bardzo miło z pana strony – odezwał się dyplomatycznie, przyglądając się z niepokojem poklejonym gumą do żucia elementom deski rozdzielczej.
– Sie wie, damy rade – zapewnił równie dyplomatycznie Antek i za zgrzytem wrzucił jedynkę. Silnik zawył i fiesta potoczyła się, podskakując na wybojach ścieżki.
– A pan na rekolekcje? – zapytał kierowca, a alkoholowy smród właśnie zbierał siły, by złapać za gardło nienawykłego do swojskości naukowca.

Uczony zaczął rozglądać się za przyciskiem otwierającym okno. Antek zapalił papierosa.
– Nie, mnisi prosili mnie o pewną naukową ekspertyzę – Zwosiński nadal starał się być miły. Niestety, próba otwarcia okna skończyła się niepowodzeniem, korbka do tego służąca była urwana. Kierowca, widząc jego zmagania, zgasił papierosa i otworzył szybę po swojej stronie.
– A to dziwne, bo zwykle to ludzie ich proszą o pomoc – zagadnął wesołkowato Antek. – Ostatnio kolejka była na czterdzieści samochodów.
– A o co ktoś miałby prosić zakonników? – nerwowo zapytał rozbawiony Zwosiński, podczas gdy Bryska rozpędzał dymiącego gruchota.
– Ludzie we wsi gadają, że jak franciszkanie dobrze się pomodlą, to los się odwraca, nawet najgorszy – ściszonym głosem oznajmił kierowca, patrząc chwilę profesorowi w oczy. Mało przy tym nie uderzył w leżący przy drodze wielki głaz, w ostatniej chwili odbił kierownicą.
– Patrzże pan lepiej przed siebie! – burknął Zwosiński, próbując zapiąć pas bezpieczeństwa. Niestety, nie było do czego go przypiąć. Przewiesił więc pas przez tułów i zagłębił się w siedzenie, licząc na to, że może to choć odrobinę zamortyzuje ewentualne skutki uderzenia w przednią szybę.
Rzędy drzew po lewej pogrążone już w mroku urwały się nagle i wyjechali na wzgórze, skąd roztaczał się wspaniały widok na całą okolicę. Przed nimi dwa wielkie jeziora błyszczały stalową wodą podobną do rtęci. Pomiędzy jeziorami prowadziła szeroka grobla, którą jechali teraz, zostawiając za sobą chmurę niespalonej ropy.
– Jak woda większa, to pustelnię odcina od świata, można się tam wtedy dostać tylko łódką – zakomunikował Bryska i pokazał palcem przed siebie.
– Już widać pustelnię.
W odległości kilkuset metrów przed nimi droga zaczęła się wznosić w kierunku niewielkiego wzgórza, na szczycie którego zobaczyli światła. Profesor pamiętał to miejsce. Był tam około dwa lata temu, gdy zachorowała jego żona. Właściwie o jej chorobie dowiedział się dopiero po powrocie do domu. Pojechali tam modlić się o dziecko, a wrócili z rakiem. Teraz przypomniał sobie, jak jeden z zakonników powtarzał mu kilka razy:
– Weźcie ślub kościelny, dziś człowiek nie wie, co przyniesie następny dzień.
No i przyniósł, a właściwie zrzucił na nich. Dlaczego to sobie teraz przypomniał? Dziwne. Ślubu nie wzięli, nie zdążyli. Ponad rok spędzili w szpitalach, klinikach, potem już hospicjach. O jej samotnej, nocnej śmierci dowiedział się od oddziałowej onkologii. Przespał jej śmierć.
Kaszląca fiesta wspinała się z trudem na wzgórze, gdzie coraz wyraźniej można było odróżnić szczegóły pustelnianego monasteru. Nad budynkami wznosił się wielki krzyż, wychodzący ze środka parterowej budowli. Żadnych ozdób, prostota i oszczędność w każdym fragmencie. Przed wejściowymi drzwiami stał zakonnik, jakby ich oczekując. Gdy profesor nie bez uczucia ulgi wydostawał się ze śmierdzącego wnętrza forda, mnich podszedł do nich i wyciągnął ręce w geście powitania.
– Bogu niech będą dzięki, że was przyprowadził, tyle teraz niebezpieczeństw i wypadków! – zawołał z daleka, po czym uścisnął profesora i Antka.
– Witaj, ojcze Maksymilianie – uśmiechnął się Zwosiński, trochę zbity z tropu taką serdeczną poufałością. Znał gwardiana franciszkanów dobrze. To był jeden z niewielu ludzi, o których Zwosiński mógł powiedzieć – wybitny umysł. Także jeden z niewielu, których szanował.
– Zapraszam do środka, burza będzie – zakonnik prowadził ich pod rękę w stronę wejściowych drzwi.
– E, gdzie burza, ojcze? – odezwał się Antek, ale groźny pomruk z południa połączony z podmuchem wiatru, który zerwał się nie wiadomo skąd, zamknął mu usta. Teraz już bez gadania wszedł za mężczyznami do sieni pustelni i zamknął dokładnie drzwi za sobą.
– Antek, brat Albert bardzo prosił, abyś pomógł mu przy generatorze, coś tam szwankuje – zagadnął zakonnik, kładąc rękę na ramieniu mężczyzny.
– Sie wie, ojcze – rzucił wesoło Antek i powędrował przodem.
Ojciec Maksymilian zatrzymał się przed drzwiami refektarza i otworzył je, wpuszczając do środka profesora. Gdy usiedli, spojrzał na Zwosińskiego swymi żywymi, uśmiechniętymi oczami.
– To już dwa lata minęły? – zagadnął, próbując napotkać wzrok profesora, ale ten błądził spojrzeniem po stole, to znów po surowych ścianach.
– Wiem wszystko – mnich rzucił, nie doczekawszy się odpowiedzi, i wstał, po czym zniknął w drzwiach wiodących w głąb monasteru. Już za chwilę wrócił z parującymi kubkami w obu rękach.
– Nie znalazłem dwóch takich samych – usprawiedliwiał się, stawiając przed profesorem kubek z wizerunkiem Jezusa.
– A gdzie trzymacie te aramejskie teksty? – profesor starał się zmienić temat.
– Nie ma żadnych tekstów – oznajmił bez wahania zakonnik i zbliżył kubek do ust.
– Ojciec raczy żartować? Jak to nie ma? – żachnął się Zwosiński, jakby nagle stracił ochotę na herbatę.
– Gdybym napisał w telegramie: „przyjedź, bo twoja dusza jest zagrożona”, to byś się uśmiechnął i odłożył sprawę na później, tak jak kiedyś zrobiłeś ze ślubem – tłumaczył spokojnie Maksymilian, pociągając łyk z kubka.
Zwosiński już zapomniał, że od pierwszego spotkania gwardian zwracał się do niego per „ty”. Odwykł odrobinę od tego tonu, przyzwyczajony do hołdów feudalnych składanych mu codziennie na uczelni. Zabolało go jednak mocniej niż powinno, bo mnich uderzył w niezagojoną bliznę.
– To ja się poniewieram rozklekotanym autobusem, potem ryzykuję życiem, wsiadając do powiązanego sznurkami grata, a ojciec mi teraz oznajmia, że przybyłem tu na próżno? – zdenerwowany profesor przesunął kubek w stronę zakonnika, jakby dawał do zrozumienia, że spotkanie zbliża się do końca.
– Nie na próżno, drogi Filipie, nie na próżno – mnich znów przesunął kubek w stronę naukowca.
– A więc po co właściwie ojciec mnie tu wezwał? – Zwosiński, starając się opanować, przesuwał teraz kubek po stole, tak że ucho zataczało kółka na drewnianym blacie.
– Jesteś dobrym i przyzwoitym człowiekiem, Filipie – zaczął zakonnik łagodnym tonem – ale od śmierci żony zapadasz się w rozpaczy jak w trzęsawisku. Kiedy ty byłeś ostatni raz u komunii?
Odpowiedziało mu milczenie.
Zwosiński wpatrywał się w poruszające się po powierzchni kubka herbaciane granulki, nie wiedząc, jak zakończyć rozmowę, by nie urazić mnicha. Tej właśnie rozmowy chciał uniknąć przede wszystkim. Po to właśnie uciekł z dala od miasta.
– Widzisz – kontynuował Maksymilian – my martwimy się o ciebie. Chcielibyśmy, abyś znów zaczął dialog z Panem, abyś spróbował Mu wybaczyć – zakonnik zawiesił głos. To przedziwne słowo na końcu zdania sprawiło, że Zwosiński podniósł wzrok i uśmiechnął się półgębkiem.
– Wybaczyć Bogu? To jakiś żart? – zapytał z nutką niedowierzania, że oto kapłan wygaduje takie niedorzeczności.
– Bóg czasem prosi człowieka o wybaczenie, choć nie musi tego robić – wyjaśniał ojciec, uśmiechając się ciepło. – Dziś ciebie prosi, abyś Mu wybaczył.
Jakby na potwierdzenie słów zakonnika błyskawica rozświetliła okna refektarza i grzmot przetoczył się nad budynkiem.
– Jest blisko – Zwosiński próbował skierować rozmowę na inne tory, spoglądając z udawanym niepokojem w okno.
– Teraz jest bliżej niż kiedykolwiek – dodał szybko Maksymilian, choć profesor nie był pewny, czy mówią o tym samym.
– Czy ty czasem myślisz o Bogu, rozmawiasz z Nim? – zakonnik znów drążył, zostawiając tamtą myśl niedopowiedzianą.
Codziennie przez dwa lata pytałem: dlaczego? – pomyślał Zwosiński, przywołując na myśl dzień pogrzebu żony.
Czy tylko pytasz ciągle z wyrzutem: dlaczego właśnie moja żona? – ciągnął myśl mnich, jakby prześwietlając stan umysłu przyjaciela.
Deszcz zaczął stukać w parapety refektarza, jak wtedy, gdy rano jechał do prosektorium odebrać zwłoki Heleny. Ubrał się elegancko, jak zawsze. Garnitur, krawat i wyczyszczone na połysk buty. Potem, gdy kończył zmagania z węzłem krawata, zerwał go z szyi, urywając przy tym guzik, i cisnął w kąt pokoju. Płakał, krzycząc, a żałością ogarnięty dom słuchał jego płaczu ze wzruszeniem kuchennego serca, ze łzami deszczu na firanach otwartych okien. Wtedy ostatni raz Bóg usłyszał jego krzyk. W prosektorium zachowywał się, tak jak przystało na miejsce i czas – zimno. A potem zgasł. Czasem oczywiście zdarzało mu się płakać, gdy budził się w nocy, szukając w łóżku jej ciepłych ramion, pachnących włosów. Ale nikt już nie usłyszał tego płaczu. Tak jak śmiechu czy gwizdania. Zaczęło się dla niego oczekiwanie na śmierć. Tak samo siedział teraz, wpatrzony w stygnącą herbatę, obcy w tym miejscu, odsunięty grubym murem niemej rozpaczy.
– Filipie, chciałbym ci kogoś przedstawić – oznajmił ojciec Maksymilian, wstając od stołu.
Profesor z trudem dźwignął się na nogi, czując, że będzie musiał zrobić coś, na co nie ma zupełnie sił.
– Chodźmy, on czeka na ciebie – zakonnik wskazał drogę w głąb monasteru – nie mamy wiele czasu.
Wyszli wprost na krótki korytarzyk przy kuchni i skierowali się w stronę pokojów zajmowanych przez mnichów. Odgłosy ulewy ucichły, ale raz za razem słychać było dalekie pomruki słabnącej burzy. Korytarz, którym szli, był pusty. Pachniał smażoną rybą i wilgocią starego drewna. W końcowej części korytarza ojciec Maksymilian zatrzymał się przed kolejnymi z rzędu identycznych drzwi. Delikatnie nacisnął klamkę i otworzył je. Gdy weszli do środka, profesor zauważył dwóch franciszkanów klęczących przy łóżku jakiegoś mężczyzny. Podeszli bliżej, a obaj mnisi podnieśli się z klęczek i bezszelestnie opuścili pokój. Zwosiński zawahał się. Wychudzona twarz i zapadnięte oczy człowieka na łóżku przypomniały mu obraz, o którym od tak dawna chciał zapomnieć.
– Proszę podejść, profesorze – odezwał się słabym głosem mężczyzna – moja choroba nie jest zakaźna.
Zwosiński uśmiechnął się niepewnie, chcąc ukryć zmieszanie.
– To brat Bernard. Czekał na ciebie – powiedział cicho ojciec Maksymilian, jakby chciał dodać uczonemu odwagi.
Profesor, zbliżając się do łóżka, zaczął przypominać sobie, że gdzieś już spotkał tego człowieka. Może wtedy, gdy był tu z Heleną dwa lata temu?
Wyniszczony zakonnik wyciągnął rękę, dając znak profesorowi, by usiadł obok niego. Ten, cały usztywniony, dotknął dłoni mnicha i przysiadł na skraju łóżka, wciąż nie do końca rozumiejąc, czemu ma służyć to spotkanie.
– Błagam pana, panie profesorze… o ostatnią przysługę – brat Bernard z trudem wypowiadał słowa, robiąc przerwy, gdy grymas bólu wykrzywiał jego twarz.
Zdziwienie uniosło brwi Zwosińskiego, nawet nie był w stanie zapytać, co też on, antropolog-filozof mógłby zrobić dla tego nieszczęśnika.
– Błagam pana o modlitwę za mnie – usłyszał znów profesor – o pańskie pojednanie z Bogiem… abym mógł umrzeć w spokoju.
Zwosiński uświadomił sobie, skąd zna tego człowieka. Wtedy, dwa lata temu to właśnie ten mnich dość obcesowo zarzucił mu, że żyją z Heleną w związku niesakramentalnym.
– Ja ciężko zgrzeszyłem… przeciw Bogu – ciągnął z trudem chory. – Nie posłuchałem Izajasza, nie posłuchałem Boga… ale swojej pychy…
– Ale jak ja mogę ojcu pomóc? – wił się Zwosiński, szukając w pamięci telefonów do znajomych onkologów.
– Tylko pana modlitwa… i pojednanie z Bogiem… tylko o to proszę.
Profesor poczuł mocniejszy uścisk na swej dłoni, po czym ręka zakonnika opadła bezwładnie, a oczy spojrzały w górę, w kierunku sufitu. Pozostawał przytomny, ale nieobecny.
Ojciec Maksymilian dotknął ramienia Zwosińskiego, dając mu znak, że powinni wyjść. Uczony wstał, a upewniwszy się, że Bernard nadal oddycha, ruszył za gwardianem.
– O co chodzi z tym Izajaszem? – zapytał, gdy wracali w stronę refektarza.
– To piękna pieśń o słudze Jahwe, jakim powinien być – odpowiedział zakonnik. – Czy ty możesz spełnić prośbę brata Bernarda?
– Ale jak brzmi ta pieśń? – Domagał się odpowiedzi profesor.
– Oto mój sługa, którego podtrzymuję. Wybrany mój, w którym mam upodobanie. Nie złamie trzciny nadłamanej, nie zgasi knotka o nikłym płomyku. Ja, Pan, powołałem Cię słusznie, ująłem Cię za rękę i ukształtowałem, ustanowiłem Cię przymierzem dla ludzi, światłością dla narodów…
– Dość! – przerwał Zwosiński i podparł się ręką o ścianę. Był blady, oddychał ciężko.
Maksymilian zrobił krok w jego kierunku zaniepokojony, ale ten zatrzymał go ruchem ręki.
– Gdzie macie kaplicę?
– Zaprowadzę cię – mnich chwycił go za łokieć i poprowadził pachnącym rybą korytarzem.
*****
Helena zajrzała do pokoju gościnnego, który został przydzielony jej mężowi, ale pokój był pusty. Obudził ją wcześnie rano niespodziewany telefon i nie mogła już zasnąć, chcąc jak najszybciej porozmawiać z Filipem. Czekała więc aż do siódmej, nie chcąc burzyć porządku dnia przyjętego przez gościnnych mnichów. Pierwszy z napotkanych na korytarzu zakonników wskazał jej kaplicę. Gdy weszła do środka, początkowo nie zauważyła tam nikogo. Ale gdy spojrzała na posadzkę, stanęła oniemiała. Na środku kaplicy, przed skromnym ołtarzem z wizerunkiem ukrzyżowanego Jezusa leżał jej mąż, Filip. Tym większe było jej zdziwienie, gdy dostrzegła, że Filip leży na brzuchu, a obie jego wyprostowane ręce spoczywają po bokach na znak krzyża. Stąpała cicho, ale Filip usłyszał ją i podniósł się, zwracając w jej kierunku rozpromienioną twarz.

W jego siwych włosach tańczyły promienie porannego słońca, zaglądającego przez kolorowe witraże do wnętrza kaplicy. Otworzyła usta, ale nie powiedziała nic. Przyjęła z ulgą jego bliskość i pocałunek.
– Wiesz, dziś rano zadzwonił doktor Ignaciak – mówiła tym swoim spokojnym głosem, choć może jakaś nutka radości, dziewczęcej świeżości wkradła się w ton jej słów.
Znał Ignaciaka kilka lat. Od kiedy zaczęli starania o dziecko, przeszedł wraz z nimi bolesną drogę przez miesiące terapii i zawiedzionych nadziei.
– Wiesz, początkowo nawet się zdenerwowałam, że dzwoni o tak wczesnej porze – mówiła dalej, wyswobadzając się z objęć męża, by spojrzeć mu w oczy. – Ale kiedy mi powiedział, że ta zmiana, którą zobaczył w USG w tamtym tygodniu, to nie jest nic groźnego… – głos jej się zachwiał, teraz miała łzy w oczach.
– Właściwie to nie jest zmiana, tylko nasze dziecko.
Filip spojrzał na nią, jakby widział ją pierwszy raz w życiu. Chciał coś powiedzieć, zająknął się bezradnie.
– Co ty mówisz? – wybełkotał wreszcie.
– Nasze dziecko – powtórzyła Helena, gdy osuwał się na kolana, by objąć jej brzuch.
Ulga, jaką poczuła, gdy podzieliła się z nim tą najlepszą wiadomością spłynęła na nią i objęła w wszechposiadanie. Dotarła do niej prawie tak autentycznie, jak opiekuńcze ramiona, które teraz tuliły ją mocno. Wyparła z jej myśli codzienne dramaty jałowego życia, ból bezdzietnego przemijania.
– Nie sądzisz, że powinniśmy porozmawiać z księdzem Maksymilianem o terminie ślubu? – zapytała jeszcze Helena, pociągając nosem i głaszcząc głowę Filipa palcami drobnych dłoni.
– Nasze dziecko, tak się bałem…
autor: Andrzej Chodacki