Menu / szukaj

Słowo leczące

W klinice panował spory ruch. Wdrażano nowe badanie naukowe, dwóch młodych lekarzy miało dziś bronić prac doktorskich. Profesor i adiunkci zajęci byli przygotowaniem referatów na międzynarodowe sympozjum medyczne.

Na tą chwilę trafił do kliniki pan Roman, drwal, co kiedyś podkowy koni własnymi rękami łamał, dopóki nie zamieniono koni pociągowych na mechaniczne. Leżał teraz jak kłoda na klinicznym łóżku i nie miał sił, by podnieść do góry głową.


Przychodzili do jego sali młodsi asystenci i zlecali coraz bardziej wymyślne badania, by wykryć przyczynę niemocy, która odebrała temu człowiekowi wszelką chęć do życia. Nic. Zdrowy, jak koń pociągowy. Potem konsultowali go specjaliści rożnych dziedzin, zlecając swoje badania. Także nic, żadnych chorób. Po tygodniu nieudanych prób zdiagnozowania problematycznego pacjenta kliniczne grono lekarskie stwierdziło:
– Nie wiemy, co mu jest.

Tego dnia ze zwolnienia wróciła pani Ewa, kuchenkowa, którą uwielbiali zarówno pacjenci jak i stażyści kliniki. Dla każdego napotkanego człowieka miała zawsze dobre słowo. Nie przeszła obok łóżka chorego bez uśmiechu. Do sali pana Romana dotarła około dziewiątej z pierwszym po swojej długiej nieobecnością śniadaniem. Postawiła na szafce talerz z zupą mleczną i spojrzała na wpatrzonego w sufit człowieka.

– Panie Romanie, trzeba jeść – dotknęła delikatnie zimnej dłoni mężczyzny.
Pacjent zwrócił w jej stronę zgasłe, szkliste oczy. Nie otworzył nawet spierzchniętych ust, ale ona już wiedziała. Sięgnęła do kieszeni i wyjęła różaniec. Tak zwyczajny, z tanich koralików, przyozdobiony małym plastikowym krzyżykiem.

– Tamto nie wróci – powiedziała do niego – a żyć trzeba, by Boga chwalić, bo jest za co.
Tylko tych kilka słów, po których ruszyła dalej, stukając garami i rozdając uśmiechy przy każdym postawionym talerzu zupy, każdym nalanym kubku herbaty.

Pan Roman spojrzał na dłoń ozdobioną teraz podarowanym różańcem. Powoli podniósł głowę po czym z grymasem bólu na twarzy wsparł się na łokciach. Potem usiadł i rozejrzał się po sali.

Na drugi dzień w gabinecie odpraw lekarskich aż wrzało od domysłów, jako to się stało, że ledwie żywy pacjent z dnia na dzień wstał na nogi i zaczął jeść.
– Nie wiemy, co mu było – uczciwie przyznał asystent opiekujący się salą pana Romana – ale wygląda na to, że wyzdrowiał.
Profesor spojrzał na lekarza z pobłażliwym uśmiechem, adiunkci z krytycznym niedowierzaniem.
Młody lekarz patrzył w papiery.
Autor: Andrzej Chodacki