Menu / szukaj

Miłość ocalona przed światem

Ta sprawa śmierci Antka i Hanki z 1949 roku bardzo mocno wpisała się w moją pamięć tamtych czasów i wpłynęła na losy wielu ludzi w naszej wiosce.

Wszystko zaczęło się latem, gdy we wsi pojawił się Antek. Nikt go nie znał, wiedzieliśmy tylko, że nazywał się Antek i miał szczególną smykałkę do kowalskiej roboty. Zauważył to także nasz miejscowy kowal, Józek Dudka, bo szybko chłopaka zatrudnił w swojej kuźni i od tej pory żadna podkowa nie odpadła od końskiego kopyta, a koła drabiniastych wozów toczyły się cicho nawet po wyboistej drodze wiodącej przez Sromowce.

Stary Dudka przychodził rano do kuźni i zastawał chłopca, jak ten rozpalał już ogień w palenisku. Witał się z nim swoim żelaznym uściskiem i sięgał do kieszeni po papierosa. Na chwilę przysiadał na drewnianej ławie przed kuźnią, co mu ją Franek Podolak wystrugał z wdzięczności za piękne żelazne zdobienia do drzwi nowego domu. Potem zaciągał się dławiącym papierosowym dymem i patrzył w dal na Trzy Korony rozognione blaskiem wstającego słońca.

Tak bardzo chciał mieć syna. Zabierać go do roboty od najmłodszych lat, szykować mu rękę pod kowalski młot i oswajać z gorącym żelazem. Ale Bóg dał mu tylko jedną córkę, Hankę. Mimo że nie mógł narzekać na dziewczynę, to jednak często martwił się, widząc, jak Hanka błądzi myślami w chmurach, zamiast tu, na ziemskim padole czymś pożytecznym się zająć i o zamążpójściu myśleć.

Dziś jeszcze jedna rzecz gasiła uśmiech na ogorzałej twarzy Józka. Od kiedy przy ich domu zamieszkał Antek, Hanka stała się jeszcze bardziej zamyślona. Przystojny chłopak o jasnych oczach wywoływał w jej sercu chyba coś więcej niż ciekawość. A tymczasem ani o rodzinie Antka, ani o jego pochodzeniu nikt we wsi nic nie wiedział. Nawet swojego nazwiska nikomu nie zdradził. Nieufność wkradła się w umysł Dudki, bo też i nie takiego losu dla swojej jedynej córki wyglądał, by ją człowiekowi nieznanemu na zatracenie oddać. Zaczął się też młodym bacznie przyglądać, a żonie nakazał, by Antkowi jedzenie do kuźni przynosiła, a nie, jak do tej pory, podawała przy rodzinnym stole.

Lato czerwieniało już późnymi kolorami, zaróżowione zboża padały pod kosami, a krajobraz wokół zakwitł rzędami snopków, poukładanych w paciorki kop na wspinających się ku słońcu polach. Pracy w kuźni było dużo, bo cały trud przy żniwach zależał od sprawnych końskich kopyt i zespolonych żelazem drewnianych wozów.

Po całym tygodniu, gdy trudno już było grzbiet wyprostować od ciągłego poskramiania młotem i ogniem niepokornego żelaza, nadeszła wreszcie niedziela. Rodzina Dudków jak zawsze szykowała się do wyjazdu na mszę do odległego o pół godziny jazdy kościoła. Gdy czas już był najwyższy, by wyruszyć, okazało się, że nie ma Hanki. Rodzice rozeszli się po domu, zaglądając do komórki, na strych, a nawet do wkopanej do połowy w ziemię wędzarni. Wtedy Józek, tknięty przeczuciem, ruszył energicznym krokiem do kuźni. Gdy wpadł do środka, jego obawy, które tłumił całą drogę, jakby je chciał zamknąć w zaciśniętych do białości pięściach, okazały się uzasadnione. Nagły ruch w rogu kuźni, poprawiane naprędce dziewczęce włosy i ramiączko sukienki oraz czerwona ze wstydu twarz Hanki mówiły same za siebie. Józek nabrał powietrza i energicznie wskazał palcem drzwi.

Hanka, do domu! – ryknął tak głośno, że dziewczyna na chwilę struchlała, po czym pędem puściła się w kierunku uchylonych drzwi.

A ty! – tu wskazał na młodzieńca – ty mi się z kuźni wynoś, żebym cie tu jutro nie widzioł!

Znał Antek siłę kowala Dudki i gdyby nie to, że wielokrotnie widział, jak Józek gnie gołymi rękami podkowy, pewnie inaczej potoczyłyby się sprawy. Spuścił jednak głowę i przeszedł obok swojego pracodawcy, a kiedy wychodził na zewnątrz, huknął drzwiami tak mocno, że młotki i szczypce zadzwoniły na stołach.

Rodzina Dudków wyjechała w komplecie na mszę. Ojciec z nadzieją, że kiedy wróci, niewygodnego czeladnika nie będzie już we wsi. Hanka z obawą, że może już nigdy nie zobaczy ukochanego, którego los jej zesłał.

A kiedy klękali przed ołtarzem, wejrzał Dobry Bóg w serce Hanki, cierpiące od ojcowskiego zakazu, zajrzał w nieprzejednaną duszę honorowego kowala. I pociemniał świat nad Sromowcami, gdy w niebie decyzja o losie tych młodych zapadła.

Zbliżał się wieczór. To był jeden z tych wieczorów, gdy w powietrzu wisiało coś niedobrego i mógłbyś powiedzieć, że coś się stanie. Chmury nad Trzema Koronami kołowały złowróżbnie. Kazek Górgul opił się jak nigdy i awanturę zrobił na pół wsi. Konie kopały w ściany stajni, zaniepokojone rozbłyskami zapowiadającymi nocną burzę.

W ten właśnie wieczór Józek Dudka zorientował się, że jego córka zniknęła z domu. Maryśka, jego żona, biegała po sąsiadach, przetrząśnięto po raz drugi tego dnia dom i obejście, ale Hanki nie znaleziono. I nie byłoby w tym jeszcze nic strasznego, gdyby nie fakt, że Antek także przepadł, jakby się umówili. Józek był pewny, że po awanturze w kuźni uciekli gdzieś razem. Po powrocie z kościoła nawet żałował, że tak ostro potraktował dziecko. Hance też trudno się dziwić. Dziewiętnaście lat na karku, zaraz zaczną gadać, że w staropanieństwo idzie. Krew nie woda. No, ale teraz, kiedy oni tak, to inaczej Józek z nimi pogada. Nie miał jednak kowal żadnej recepty, co tu robić teraz, tylko czekanie pozostało.

Czekali do późnej nocy, ale młodzi nie wrócili. Zawierucha z deszczem i piorunami ogarnęła całą okolicę, tak że w Sromowcach nikt nie spał, a w każdym oknie widać było migotliwe światełka gromnic postawionych przy świętych obrazkach. Modlili się ludziska, widząc, że teraz tylko Bóg żywioł opanować może. I nikt by się nie spodziewał, jaka wiadomość do domu kowala dotrze nad ranem.

Dudkowie czuwali całą noc. Rano, gdy usłyszeli łomotanie do drzwi, poderwali się, by córce otworzyć. W drzwiach stali jacyś ludzie, wśród których Józek rozpoznał Jaśka, sąsiada z zagrody obok.

Józek, na Sokolice tobie trza iść – odezwał się tenże sąsiad, Jasiek Bystry, co swoją czwórkę koni od lat do kowala prowadzał, a niejedną wódkę imieninową razem wypili.

Co wy tu, Jasiek? Ka moja Hanka?! – Józek zaczął przerażony, ale kiedy zobaczył, jak tamci opuszczają oczy, aż przysiadł na progu. Po chwili milczenia sąsiad podszedł bliżej, objął Józka ramieniem i cicho powiedział.

Łona tam z tym Antkiem lezy, łod pieruna… Juhasy ich haj nalyźli… – próbował jakoś wytłumaczyć, ale w końcu i nim płacz wstrząsnął, i twarz w koszuli schował. Żona kowala stojąca za nim na kolana upadła, podnosząc ręce do góry. Krzyk, jaki wyrwał się z jej piersi, zmroził serca mężczyzn zebranych przed chatą.

Pamiętam, że tego dnia kilkadziesiąt osób ruszyło stromą ścieżką na Sokolicę, by sprowadzić w dół do wioski oba ciała. Kiedy tam dotarliśmy, młodzi leżeli złączeni w uścisku, w którym pewnie zastała ich zdradziecka błyskawica. Hanka wtulona w Antka, jakby szukała bezpiecznych ramion mogących ją ochronić przed ryczącym żywiołem. Ubrania mieli popalone, skórę sczerniałą. Kilku mężczyzn próbowało ich rozdzielić, ale oba ciała za żadne skarby nie chciały puścić jedno drugiego, nawet gdy wyłamywać zaczęli zdrętwiałe palce. Przewrócono więc połączone zwłoki na bok, tak że twarz Hanki, jakkolwiek nadpalona przez grom, była jednak do rozpoznania. Wtedy dopuszczono do nich rodziców. Matka łkała tylko cicho, bo łzy wszystkie wylała już w drodze na górę. Ojciec ukląkł nad nimi i Bóg mi świadkiem, widziałem, jak bieleją włosy na jego głowie. Mężczyźni podnieśli odrętwiałego Józka tak ostrożnie, jakby się bali, że może się rozpaść. Potem oba ciała dźwignęli na połączone ze sobą deski, owinęli derką i powoli zaczęli schodzić stromym szlakiem w dół.

Na drugi dzień ludzie wyszli znów z domów do swoich zajęć w polu, na łąkach, do stajni i sadów. Wyszedł też Józek i usiadł na ławie przed kuźnią. Siedział tak cały dzień, aż przyszła po niego zapłakana żona i zabrała na posiłek, który odsunął od siebie niemrawo.

Od tego dnia podkowy znów częściej odpadały od końskich kopyt, a wozy jak dawniej podskakiwały nawet na prostych odcinkach wioskowej drogi. Nikt nie miał jednak pretensji do kowala Dudki.

Nikt także nie zapytał nigdy głośno, co robili Antek i Hanka w nocy w czasie burzy na krawędzi trzystumetrowej przepaści.

Autor: Andrzej Chodacki