Menu / szukaj

Oddycham tu swobodniej

To nie była decyzja, do której dojrzewała latami. Do której by się przygotowywała, ważyła „za” i „przeciw”. Nic takiego.

– Do tej pory wszystko planowałam, musiałam mieć w życiu porządek. Tym razem postanowiłam inaczej. Stanąć na tym klifie i skoczyć na główkę. Koniec. Kropka.

Wanda Raczyńska-Potyrała ma 46 lat, skończoną filologię angielską i lata pracy w Polsce, w Sosnowcu, jako nauczycielka tego języka w liceum ogólnokształcącym. Była także tłumaczką i przewodniczką grup turystycznych zagranicą.

Co sprawiło, że ta dojrzała kobieta, mama 19-letniej Alicji i 9-letniego Pawła, a także posiadaczka królika Doriska i dwóch kotek – Luny i Rity, podjęła tę brzemienną w skutki decyzję? Dlaczego postanowiła w czerwcu 2014 roku dołączyć do jej męża Artura, który bardzo krótko wówczas pracował tu na kontrakcie? Co ściągnęło tę wykształconą kobietę do Weert w Limburgii, żeby zaczynać tu wszystko od nowa?

– Kiedy Artur po miesiącu pracy w Holandii powiedział mi, że nie wraca, wiedziałam, że muszę coś postanowić. Od razu powiem, że długo się nie zastanawiałam. Wie pani, to chyba dojrzewało we mnie gdzieś w środku od dłuższego czasu. Polska to kraj dwóch rzeczywistości. Jedna, ta z telewizora, jest piękna – sukcesy gospodarcze, autostrady, kolorowe sklepy, nowoczesne miasta. Rzeczywistość zwykłego człowieka jest zupełnie inna – o wszystko musiałam tu walczyć, każdy pomysł wymagał jakichś zmagań z materią, najczęściej z urzędnikami, który podchodzili do mnie jak do intruza. Miałam coraz silniejsze wrażenie, że jestem uczciwą obywatelką, płacę podatki, a tymczasem państwo traktuje mnie jak wroga.

Co było tą „kropką nad i”? Nie wyjazd męża. To była pani z przychodni w Sosnowcu. Kiedy córka Wandy, maturzystka, zgłosiła się tam na ostatnie obowiązkowe szczepienia okazało się, że… dziewczyny nie ma w systemie Narodowego Funduszu Zdrowia. A być powinna. – Odkręcanie całej sprawy zabrało mi 1,5 miesiąca. To była pomyłka ZUS-u, tylko co z tego? To ja musiałam udowadniać, że niej jestem wielbłądem, choć to nie ja popełniłam błąd. Dodatkowo od tej pani z okienka w przychodni dowiedziałam się także, że takie pomyłki, gdy „system człowieka wywala, proszę pani” zdarzają się nader często. Ręce mi opadły.

Gdy w Weert zgłosiła się do ubezpieczalni celem wybrania ubezpieczenia zdrowotnego, uprzejma pani po angielsku wytłumaczyła Wandzie wszystkie możliwe opcje i warianty, a na pytanie: a jak system mnie wywali, to co? – zrobiła wielkie oczy, bo pytania tego nie zrozumiała. Jak to – wywali? To się nie zdarza. Owszem, są czasem problemy z płatnością, gdy ktoś np. straci pracę, ale wtedy szukają rozwiązania, np. należność rozkładają na raty.

– No, to się dowiedziałam. Przez pierwsze miesiące wszystko tutaj było dla mnie jak z innej bajki. I to, że ludzie zagadują na ulicy do nieznajomych, że się do siebie uśmiechają, że nikt w kolejce do kasy się nie spieszy, nie popędza. A ja na początku przestępowałam z nogi na nogę – po co te żarty z kasjerką? Przecież płać, człowieku i idź wreszcie! Dopiero mąż mi na to zwrócił uwagę. Zapytał – dziewczyno, po co tak gnasz? Dokąd? Wyluzuj. Tu się inaczej żyje. Zrozumiałam to szybko.

Znalazła pracę w firmie logistycznej DHL. Owszem, znajomość angielskiego pomogła, ale i tak musiała przeprosić się z matematyką – to raz, a dwa – naprawdę się napocić, żeby to wszystko zrozumieć, zastosować, nie nawalić. W pracy spotkała wielu Polaków, nawet nie wie dokładnie, ilu ich jest zatrudnionych w tej firmie, ale to naprawdę duża liczba. Wśród nich sporo nauczycieli – po anglistyce, rusycystyce, filologii klasycznej. W Polsce wiele szkół, z powodu niżu demograficznego zamknięto. Nauczyciele znaleźli się bez pracy.

– Nie jesteśmy tu popychadłami. Wręcz przeciwnie, wykonujemy odpowiedzialne zadania. I jesteśmy w tym dobrzy. Ja wiem, że Holendrzy nas obserwują. Oni nas tutaj nie zapraszali, sami przyjechaliśmy, wybraliśmy ten kraj do życia. A więc – nie ma „olewania”, pracy na pół gwizdka. Trzeba dać z siebie wszystko, pokazać kompetencje. Oni to bardzo szanują.

Kompletnie odcięła się od krajowej polityki. Przywiozła do Holandii cały swój księgozbiór, płyty, albumy. Z mężem starannie planują weekendy, czego też nauczyła się od Holendrów. Tu się w domu raczej nie siedzi, a jeśli już to też nie po to, żeby gapić się w telewizor. Wanda kocha malarstwo, sztukę, a więc zwiedza muzea.

Jest w Holandii nowa i choć coraz mniej, to jednak ciągle jeszcze porównuje. Dlaczego Holendrzy mają tak wypielęgnowane trawniki, a te nasze czasem przypominają skoszone chwasty? Dlaczego tu jest tak mało aptek? Dlaczego tu nie ma terroru reklam przy każdej, nawet bardzo lokalnej drodze?

– Polskiego sera mi brakuje, takiego do krojenia. Jestem wegetarianką, więc nabiał jest dla mnie bardzo ważny. A tutaj mają tylko te sero-mazidła, które mi zupełnie nie smakują. Tak samo zresztą, jak chleb. No przepraszam, muszę trochę ponarzekać, inaczej nie byłabym Polką. Znalazłam już jednak polski sklep, więc sprawa rozwiązana.

Czego się najbardziej boi w Holandii? Rowerzystów! Są wszędzie! – Jadę samochodem i widzę te sznury młodzieży na rowerach z ipodami. Jadą i na nic nie patrzą, oprócz ekranów przed sobą. A ja jestem spocona od stóp do głów, bo panicznie boję się któregoś potrącić. Tutaj rowerzyści to jak w Indiach święte krowy, po prostu nietykalni. Przyjeżdżając z Polski musiałam nauczyć się ich widzieć, gdy prowadzę auto, bo nie miałam takich nawyków. Żaden Polak ich nie ma.

Brakuje jej przestrzeni i gór. Gdy chce zobaczyć góry – jedzie do Niemiec, to z Weert bardzo blisko.

– Polska jest mi bardzo droga, to fakt. Ale wolę do niej przyjeżdżać jako gość. Pewnie to nie jest bardzo patriotyczne, ale tak czuję. I głośno to mówię.

Ewa Grochowska

Ten post dostępny jest również w Holenderski (Nederlands)