Menu / szukaj

Jeśli się boisz – wejdź w ten strach

Droga Angelique,

Zabrało mi trochę czasu, zanim zebrałam się w sobie i zasiadłam do pisania tego listu do Ciebie. Bo wiesz, ja od 28 lat piszę o kimś innym, o sobie mam napisać po raz pierwszy. To trudne. Na tysiącach stron artykułów, które w życiu napisałam do polskich gazet codziennych, tygodników i ogólnopolskich magazynów, a nawet jednej niewielkiej książeczki, przedstawiłam tak wiele historii, że samo ich pobieżne przytoczenie znacznie przekroczyłoby ramy tego listu.

Tak więc, droga Angelique, musisz mi uwierzyć na słowo – mój dorobek dziennikarski jest tak samo bogaty, jak moja metryka. Czasem aż trudno mi uwierzyć i w jedno, i w drugie.

Pytasz mnie, kiedy przyjechałam do Holandii zamieszkać tu na stałe i jakie wiatry przygnały mnie do tego kraju? Mieszkam tu dokładnie od soboty – 24 stycznia 2015 roku. A przyleciałam gnana przez miłość do Holendra. Który mi przed prawie 6 laty wyskoczył z komputera. A konkretnie z jednej ze stron randkowych, na której po dwóch latach od drugiego rozwodu się zarejestrowałam. Zajrzałam na jego profil, napisał: ja nie gryzę – co mnie rozbawiło, więc odpisałam. Po 9 miesiącach korespondencji Jo przyjechał po raz pierwszy do Polski, ze śpiworem w bagażniku (tak na wszelki wypadek, jak mi wyjaśnił). No i już został w moim życiu. A ja w jego.

Emigracja do Niderlandów nie była dla mnie decyzją łatwą, piszę pewnie oczywistości. Nie mam w końcu 20 lat, bo przed taką dziewczyną świat cały stoi otworem. A ja dziewczyną przestałam być na rzecz dojrzałej kobiety już jakiś czas temu. To jednak był także powód, że zdecydowałam się wyjechać z Polski. Ten uciekający czas, dla nas obojga.

Wiesz, nie ma tylko jednej Ewy. Urodziłam się pod znakiem Bliźniąt, więc już to sprawia, że jest nas kilka. Jest Ewa silna, niezwykle przedsiębiorcza i radząca sobie znakomicie z zawodowymi i życiowymi wyzwaniami. Taka baba z jajami – ja mówimy w Polsce. I jest Ewa, w której mieszka tysiące lęków. Wrażliwa, czasem nawet za bardzo, taka nawet z lekka mimozowata. Spotkałam jednak w życiu kilka bardzo mądrych kobiet. Jednak z nich powiedziała kiedyś: jeśli się boisz – wejdź w ten strach. I ja wchodzę w te moje strachy. Za każdym razem, gdy czuję lekki dyskomfort – przełamuję lęk. Stąd bierze się moja odwaga. I to pozwoliło mi znaleźć się w Holandii. Mimo lęku.

Myślę, Angelique, że na to, jaka jestem, w jakiś sposób wpływają geny moich przodków. Wierzę w to. Ze strony mamy – dobrze sytuowane, przedwojenne mieszczaństwo krakowskie, z pradziadkiem-inżynierem (to była wówczas w Polsce niesłychana pozycja społeczna i finansowa) i praprababką mieszkającą we Wiedniu.

Ze strony taty – Kresy Wschodnie, dzisiaj tereny Ukrainy i okolice miasta Równe. Dziadkowie byli rolnikami ze… szlacheckim pochodzeniem. I to z obu stron. Tak zwana szaraczkowa szlachta. Grochowscy herbu Lubicz. Jesteśmy nawet na Wikipedii. ☺ Fantastycznie ciekawe były moje praprababki. Jedna z nich służyła w majątku dworskim, ale przy tym jeździła „po męsku” na koniu i paliła papierosy. W XIX wieku rzecz łamiąca wszelkie tabu. Inna praprababka litowała się nad każdym ubogim, u niej zawsze można było liczyć na jałmużnę. Na Kresach długo po jej śmierci krążyła wieść, że pogrzeb był naprawdę „dziadkowski”. Bo dziady proszalne spod kościołów i wszelkiej maści żebracy tłumnie się na nim stawili.

Mój dziadek Lucjan (ze strony taty) i dziadek Franciszek (ze strony mamy) zawsze powtarzali, że ja muszę mieć w sobie domieszkę krwi rosyjskiej, żydowskiej, austriackiej, może niemieckiej. I na pewno tatarskiej. Z uwagi na temperament, który prezentowałam od najmłodszych lat, a nawet miesięcy, zgrabnie lejąc łysego dziadka Lucjana chochlą do zupy. Trafiałam dokładnie w jego łysy czerep.

Ciekawa świata i ludzi byłam od dziecka. Podróże, gdzie tylko się da i gdzie mnie na to stać, to coś, co buduje sens życia. I na co warto zarabiać pieniądze. Ludzie natomiast i chęć ich poznania pchnęli mnie w kierunku dziennikarstwa.

Co jest ważne w tej robocie? – pytasz. Angelique, jestem święcie przekonana, że nie talent. On chyba w najmniejszym stopniu. Najważniejsze, to umieć słuchać, co ma ci do powiedzenia drugi człowiek. I powstrzymać się od ocen. Opisywać historię widzianą oczami tego człowieka, nie twoimi. Wiesz, z tym jest u Polaków chyba najtrudniej. Bo każdy uważa, że ma monopol na prawdę. Dlatego w moim kraju tak mało dyskusji, trwają natomiast mistrzostwa świata w mowie równoległej – każdy wykrzykuje swoje, nikt nikogo nie słucha.

Ja od dawna mówię tym, którzy chcą być dziennikarzami – zamknij gębę, otwórz uszy. I umysł otwórz. Próbuj zrozumieć. Oceniaj na końcu. I te oceny wyraź w swoim komentarzu, nie w tekście. Tego zresztą nauczyła mnie moja pierwsza zawodowa mentorka – redaktor Barbara Nowicka, pod której opiekę trafiłam tuż po studiach. To ona nauczyła mnie widzieć każdy temat poprzez człowieka, który jest u źródła tej historii. Nie ma zresztą „tematów”, są ludzie. Szkoda, że dzisiejsze tempo pracy dziennikarzy zlikwidowało relacje mistrz-uczeń. Uważam, że to bardzo potrzebne w tym zawodzie, który żadną miarą nie jest demokratyczny. W nim trzeba kilka lat terminować. Talenty na kamieniu się nie rodzą, wymagają fachowego szlifu.

Odnotowałam w swoim zawodowym życiu wiele niezwykłych momentów. Miałam np. zaszczyt znać wielkiego polskiego profesora kardiochirurgii, który po raz pierwszy w naszym kraju przeprowadził przeszczep serca. Taki nasz rodzimy dr Barnard. Ten profesor nazywał się Zbigniew Religa. Trochę z nim pojeździłam po świecie w gronie dziennikarzy piszących wówczas o medycynie. Byłam m. in. w Gruzji, tuż po krótkiej wojnie domowej w tym kraju. Zobaczyłam tam wielką nędzę i wielkie bogactwo ducha ludzi. Ta podróż wywarła na mnie ogromny wpływ, nie tylko w życiu zawodowym zresztą.

To jest chyba w dziennikarstwie najpiękniejsze. Nieprzewidywalność dnia następnego. Niespodzianka. Możliwość dotknięcia tego, co uprawiając inny zawód nie byłoby możliwe.

Natomiast najtrudniejsze dla mnie jest samo zabranie się do pisania. Jak mam tytuł, to już potem idzie. Ale usiąść do komputera? Muszę wyczerpać listę „wykrętów”, jak np. piąta herbata, żeby to zrobić. Na szczęście mam łatwość pisania i lubię bawić się słowami. To pomaga w tym zawodzie.

Jak ci napisałam wcześniej – nie ma jednej Ewy. Ta druga przed laty wyciągnęła wnioski ze swoich osobistych wyborów mężczyzn na życie. Zwłaszcza mój drugi mąż był znakomitym nauczycielem. Tak długo wprasowywał mnie w psychiczną ścianę, aż wreszcie poczułam dno. Miałam wtedy 43 lata. I narodziła się nowa Ewa. Moje życie zaczęłam pisać od początku.

Zmiany zaczęłam od siebie. Od zrozumienia, co leży u podstaw moich złych decyzji. I dokopałam się do przyczyn. Nie będę ci teraz jednak o nich pisać, może kiedyś pogadamy i o tym, ale to wszystko sprawiło, że skończyłam w Warszawie Studium Pomocy Psychologicznej przy Instytucie Zdrowia Psychicznego i od wielu lat pomagam taką „wspierającą rozmową” kobietom, czasem dzieciom z problemami, najczęściej z rodzin alkoholowych, choć nie tylko. Kontakt utrzymuję poprzez e-mail zaufania przy jednym forum dyskusyjnym, wspierającym alkoholików pragnących trzeźwieć i ich rodziny.

To jedna z moich aktywności, które sprawiają mi ogromną satysfakcję. Z tego też powodu, zanim przeniosłam się do Holandii, nawiązałam kontakt z tutejszym oddziałem polskiej Fundacji Barka. Chciałabym z nimi współpracować. Służyć swoją wiedzą, doświadczeniem i własnym przykładem polskim kobietom żyjącym w Holandii, które cierpią z powodu alkoholizmu swoich partnerów. Wiesz, tutaj nie ma rady, potrzebny jest ktoś, kto mówi po polsku. Emocje są zbyt potężne, problemy skomplikowane i z tyloma odcieniami, że wyrazić je można tylko w ojczystym języku. Czy mi się uda nawiązać taką współpracę? Jeszcze nie wiem. Do tanga potrzeba dwojga.

Wspomniałam ci już o tym, że wiele we mnie lęków, prawda? Jeden z takich lęków pchnął mnie do napisania do redakcji poPolsku pierwszego maila i posłania pierwszy moich artykułów, tak na próbę. Bałam się, a jakże, ale zadałam sobie wówczas pytanie ratownicze: Ewa, co może się stać najgorszego, jak tego maila poślesz? Odpowiedź brzmiała: nie odpowiedzą, albo odpowiedzą odmownie. No. I to mi wystarczyło.

Ten magazyn to takie „okno na świat” Polaków, którzy żyją na stałe lub tymczasowo w Holandii. Nie ma się co oszukiwać – język niderlandzki jest trudny, nauczenie się go wymaga czasu, wielu moich rodaków nawet nie ma zamiaru podejmować takiej próby. Dlatego poPolsku może zapobiec odcięciu od informacji, tym bardziej, że porusza na łamach ważne sprawy dla Polaków żyjących w Holandii.

Powiem ci, choć znowu, cholera, się boję – ja się niderlandzkiego nauczę. Od lutego – codziennie po 1,5 godziny dziennie, a w weekend 1 godzina. Teraz, jak to napisałam, to klamka zapadła. W ten sposób walczę ze swoim „słomianym zapałem”, bo to działa. Pewnie będę mówić po holendersku tak, jak Rosjanie po polsku, z takim specyficznym akcentem. Trudno. Będziesz mogła się śmiać, ja też lubię śmiać się siebie.

Chcę się nauczyć twojego języka, bo chcę pisać reportaże do poPolsku. Reportaż to mój żywioł. Chcąc go napisać, muszę nawiązać głębszy kontakt z moimi rozmówcami. Po angielsku to jest trudne, potrzebny mi holenderski. Od reportażu zaczynałam swoją pierwszą pracę w wielkiej regionalnej gazecie codziennej w Katowicach na Śląsku, gdzie się urodziłam. Moja zawodowa kariera jakby zatoczyła koło i znowu mam szansę pisać to, co lubię najbardziej. I co, musisz przyznać, dobrze się czyta, prawda?

Nauczę się twojego języka, Angelique, także z innego powodu. Przyjechałam do tego kraju, żeby w nim żyć. Nikt mnie tu na siłę nie ciągnął. Dla mnie to sprawa szacunku do samej siebie i do miejsca, które wybrałam. Jeśli poznam język, to przebiję tę niewidzialną szybę dzielącą mnie od świata Holendrów. Bo chciałabym, żeby ich świat, był także trochę bardziej mój.

Serdecznie cię pozdrawiam i mam nadzieję, że zaspokoiłam twoją ciekawość po naszym ostatnim spotkaniu.

Ewa Grochowska